home | games | comic books | movies | store | about me | forum | facebook | twitter | google +










Rewolucje 8 upgrade


The works on next Rewolucje album has begun. Three stories scheduled to appear in this one needed some small upgrades. Two of them were cosmetic (translation and cleaning), but the third one needed a solid upgrade. As in – complete inking. This is the story from the Cartoonia comic anthology, and it was all done in pencil and waterpaint. For the sake of the new album integrity this needed to be unified with the rest of the material, hence the redo.

It took an entire weekend to properly ink all 20 pages. (March 22-24, 2013).

Is such a speedy work any good? Well, here’s a small example of the outcome (compared to the original version for your convenience). You be the judge.

rew8_upgrade_1









the uniqueness personified



7years_1drawing

So I was asked lately to draw an autograph before shipping in one of the books somebody bought from me. Ok, no problem, I pick up the book and to my surprize there is a drawing already done. Not only that, that’s a drawing created in 2006. And I can’t remember doing that. Clearly something lost and found. So I tweaked it a bit and there you go – a drawing which creation spans over seven years.

The strangest thing was to see how much my technique changed during these years, and this hybrid of a drawing sporting the old and the new. Really strange.

So there.









the Anatomy of a comic book panel












Rejs z mewą w tle – recenzja Rewolucji na Morzu w Booklips


Ocena: 9 / 10

Szukasz zajęcia dla swojego bohatera? Poślij go w morze. Choćby siedział samotnie w łodzi niczym Hemingwayowski Santiago, temat sam się niechybnie narzuci. Jak nie ryba wychynie za burtą, to na balustradzie przycupnie jakiś ptak. Podobna myśl zaświtała w głowach Mateusza Skutnika i Jerzego Szyłaka, którzy w szóstym tomie „Rewolucji” postanowili zabrać nas w komiksowy rejs. Nie posiadacie państwo biletów? No. To wchodzimy.

Na pokładzie odpływającego parowca razem z nami znalazła się reprezentacja niemal całej przedwojennej socjety. Mamy więc wątłą milady w towarzystwie opiekuńczego małżonka, słynną trupę teatralną w przykuwających uwagę makijażach, zapalonego kinematografistę, pogrążonego w zawiłych obliczeniach naukowca, rodzinkę na wywczasie z nadpobudliwym synkiem Antonim. Jest wprawdzie i groźny przestępca, który za pomocą samorobnej maszynerii mordował ludzi na odległość, ale kto by tam się nim przejmował, oprócz czytelnika, skoro siedzi zakuty w kajdany w pilnie strzeżonej kajucie głęboko pod pokładem.

Te jakże sielankowe okoliczności przyrody musiała zmącić jakaś skaza, a przybrała ona postać mewy. Najpierw jednej, potem dwóch i więcej, bo skrzydlatych gapowiczów zwykle na statkach co niemiara.

Mając na uwadze, że ewentualna krytyka mogła się pojawić, autorzy musieli zrobić tak, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Sztandarowa seria Mateusza Skutnika przeszła więc w tym tomie swoistą metamorfozę. Podjęcie współpracy z Jerzym Szyłakiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego, z zamiłowania zaś scenarzystą komiksowym oscylującym pomiędzy brutalizmem a pornografią, zaowocowała odsunięciem na dalszy plan inspirowanej steampunkiem myśli technologicznej znanej z poprzednich tomów na rzecz bardziej uniwersalnego, klasycznie poprowadzonego dreszczowca. Świadom obranej konwencji przy pisaniu scenariusza autor przytępił nieco swe Szyłakowe ostrze – zrezygnował zupełnie z nagości, przemoc z kolei zaserwował z maestrią godną współczesnego Hitchcocka. „Rewolucje na morzu” to idealny wzorzec dla młodocianych autorów próbujących zgłębić trudną sztukę scenopisarstwa, komiksowego bądź filmowego. Dialogi ograniczone do niezbędnego minimum, umiejętnie zaznaczone motywy mające wzbudzić niepokój, narastający nastrój napięcia – długo można by wymieniać zastosowane chwyty, wyuczone na klasycznych przerażaczach zachodniej kinematografii.

Jest oczywiście też Skutnik, wybitnie uzdolniony artysta komiksowy, pomysłodawca serii. Gdyby urodził się dwadzieścia kilka lat wcześniej, stawiany byłby na równi z Tadeuszem Baranowskim, Januszem Christą, Grzegorzem Rosińskim czy Zbigniewem Kasprzakiem. Kto wie, może razem z tą ostatnią dwójką podbijałby dzisiaj frankofoński rynek? Jednakże kreska Skutnika pozbawiona jest mainstreamowych naleciałości swoich słynnych poprzedników. Bliżej mu do artystycznych wizji Joanna Sfara czy Nicolasa de Crécyego, chociaż wypracował absolutnie własną, odrębną stylistykę. „Rewolucje na morzu” to w zupełności „analogowe”, wykonane akwarelami dzieło. Nawet charakterystyczna faktura papieru, na którym powstawały rysunki, pełni tu doskonale swoją rolę – potęguje wrażenie przebywania na morzu, jakbyśmy czytali w rytmie powolnie kołyszących się przed oczami fal.

Osób niezorientowanych w komiksowych „Rewolucjach” niechaj nie zniechęci szóstka wymalowana na grzbiecie tomu. Od numeru piątego każdy z albumów opowiada osobną historię. Ta rozgrywająca się na morzu winna pojawić się na półce każdego, kto interesuje się szeroko pojętą kulturą. Choćby żaden inny polski komiks nie miał się tam nigdy więcej znaleźć.

Artur Maszota [źródło]









Workburger


 workburger_cover

the_robot_01

the_robot_02

the_robot_03

workburger_unpack

 buy this anthology | more info | PF review

The Workburger International Comics Anthology features some of the finest masterworks of world-renowned artisans and craftsmen/craftswomen of the comics medium. This skillfully woven patchwork of diverse comic strip narratives, revolving around the topic of contemporary work, has been manually assembled from many serious and witty as well as provocative and investigative artistic takes on the topic.

Contributing artists, drawing from both theory and personal experience, have tackled this elusive term, bridled its creative momentum and harnessed its vast, explosive potential: one of work’s most useful and at the same time dangerous characteristics.

The book, lucidly detecting and generously displaying the various permutations in the meaning of the term itself, is thusly a document of its own time while still remaining a future classic by dint of covering one of the most universal human issues from time immemorial.

“No workarounds! Only comics that really work!”
-Simon, a guy in a suit

“Someone must’ve been working out…”
-Tina, the hot yoga teacher from across the street

“I knew that there was more to life than just working the turk! A real eye-opener!”
-Peter, trust-fund baby & master procrastinator

“All work and no play makes you a bad artist.”
-Unknown, art school toilet stall

Stripburger Enterprises proudly present some 50 working class heroes, who dedicate their thoughts, views, comics, blood, sweat and tears to the concept of work.

 









Insane sale


Celebrating the return of the top menu of this website I made a huge sale. Until friday everything is -50% off!

http://www.pastelportal.com/store/

Also:

I just added my two newest comic books to the store (published this year):

http://www.pastelportal.com/store/index.php?main_page=product_info&cPath=6&products_id=34

http://www.pastelportal.com/store/index.php?main_page=product_info&cPath=6&products_id=35









Rewolucje we Mgle; recenzja na alei komiksu


“We mgle” to siódmy tom cyklu “Rewolucje” Mateusza Skutnika. Scenariusz tego, podobnie jak i poprzedniego tomu zatytułowanego “Na morzu”, Skutnik stworzył wraz z Jerzym Szyłakiem. Obydwa różnią się nieco od poprzednich części cyklu.

Komiks ma charakter kryminalnej zagadki z elementami fantastyki. Blisko mu do klimatu grozy. Tytułowa mgła, która spowija miasto, kryje w sobie tajemnicę, nadaje onirycznego charakteru całości. Skutnik zgrabnie prowadzi dwie, pozornie ze sobą nie związane historie.

Pierwsza opowieść dotyczy serii zbrodni popełnianych w mieście, do którego właśnie zawitał wspaniały cyrk braci Fellini. Bohaterów dramatycznych zdarzeń poznajemy po kolei. W pierwszej scenie widzimy Pana Radcę i Pana Sekretarza, z którego ust padają słowa „Cyrk! Nie lubię cyrku… to rozrywka dla głupców, prostaków, kobiet i dzieci…”. Obaj są na stanowiskach i nie dla nich takie proste rozrywki. Ponownie obserwujemy obu panów, kiedy w uniesieniu przeżywają cyrkowe widowisko, z zapartym tchem śledzą popisy woltyżerek, płaczą ze śmiechu ze slapstickowych żartów klaunów, klaszczą najgłośniej podczas tresury słoni. Smutna i prawdziwa jest ta mini satyra społeczeństwa, jaką raczą nas twórcy komiksu, wytykając nam takie cechy jak pozoranctwo i zakłamanie.

Największą atrakcją cyrku jest wielki hipnotyzer, doktor Mykolas Edmondantes. Za pomocą gigantycznego wahadła hipnotyzuje wszystkich obecnych na przedstawieniu. Kiedy spektakl dobiega końca, wszyscy są zachwyceni i szczęśliwi. Jednak w mieście zaczyna się dziać coś niepokojącego. Wraz z cyrkiem przybyła do miasta śmierć, ludzie po kolei giną w niewyjaśnionych okolicznościach, znikają bez śladu. Jesteśmy świadkami makabrycznych zbrodni i bezradności śledczych. A przedstawienie dalej trwa.

Na dolnym pasku toczy się zgoła inna historia, jest to opowieść o miłości, miłości nieszczęśliwej, którą jak wszystko inne pochłania mgła. Skutnik bawi się formą i kiedy historia ma się ku końcowi, pasek staje się coraz węższy i węższy aż w końcu znika, by fabularnie spleść się z główną historią.

Urzekła mnie widoczna w ostatnich dwóch tomach faktura papieru, na którym zostały namalowane plansze komiksu. Ziarnista, karbowana powierzchnia papieru podkreśla klimat malunków, nadaje im charakteru, dobrze komponuje się z mgłą…

Komiks Skutnika jest świetnie skomponowany, pięknie namalowany, z doskonałymi światłocieniami. Kolorystyka utrzymana jest w palecie jesiennych barw: czerwieni, żółci, brązów i czerni. Wszystko osnute mleczną, jesienną mgłą. Jedynie epilog odstaje od całej opowieści, jest dla niej kontrapunktem, który przenosi czytelnika w zupełnie inny świat.

“We mgle” jest całością przemyślaną i narysowaną z dużą dokładnością i dbałością o detale. Fabuła trzyma klimat niepewności i grozy do ostatniej kreski. Autorzy nie odmówili sobie również małej gry z popkulturą. Historia zawiera kilka zgrabnych nawiązań; na przykład cyrk braci Fellinich kojarzy się z nazwiskiem znanego reżysera Federico Felliniego, który słynny jest ze swego onirycznego, barokowego stylu. Znana jest również historia jakoby Fellini jako mały chłopiec, uciekł wraz z wędrownym cyrkiem, który zrobił na nim ogromne wrażenie. Inspiracje sztuką cyrkową są widoczne w twórczości tego artysty.

Kolejnym ukłonem w stronę czytelnika jest sam wielki hipnotyzer Edmondantes, którego nazwisko nawiązuje do słynnej postaci Edmonda Dantèsa, znanego również jako hrabia Monte Christo z powieści Aleksandra Dumasa. Również losy Edmonda Dantèsa i Edmondantesa są podobne i skłaniają do szerszego spojrzenia na sam komiks.

“Rewolucje. We mgle” to doskonały komiks pod każdym względem. Przemyślany, zgrabnie narysowany. Komiks, który wchodzi w dialog z czytelnikiem. Wciąga go w swój świat, zmusza do zatrzymania się nad nim chwilę dłużej, skłania do refleksji i zaprasza do gry ze zbrodnią, z kulturą, ze Skutnikiem i Szyłakiem… we mgle.

Ocena: 10/10
Autor: Matylda Sęk









Rewolucje 7; recenzja w ziniolu


Kiedy na drugim kadrze piątej strony albumu Rewolucje we mgle w oczach dwóch postaci rysuje się zdziwienie spowodowane wyłaniającym się z mgły słoniem, można zacząć zadawać sobie pytanie: czy to jeszcze Skutnik, czy już może Moebius? Gdański twórca komiksów przeskoczył poprzeczkę ustawioną sobie poprzednim, również fenomenalnym pod względem graficznym tomem i nie wypada już o nim pisać inaczej, niż światowa ekstraklasa.

Repertuar komplementów, jakimi można obdarzyć Skutnika, powoli się wyczerpuje. Jest jednak jeszcze jeden, którego chyba nikt nigdy wobec tego twórcy nie użył – umiejętność rysowania “pleców konia”. Rewolucje we mgle istotnym miejscem akcji czynią cyrk, stąd dość duża ilość zwierząt na rysunkach. Słonie, tygrys, koń – w ujęciu Skutnika prezentują się znakomicie. Wspominałem już o światowej ekstraklasie? Karierze na zachodzie?

Poza owymi zaskoczeniami, jest w najnowszych Rewolucjach pewien constans, różniący się od pozostałych tomów jedną istotną cechą – jest dopracowany do perfekcji. Chodzi o kompozycję albumu, mistrzowskie wykorzystanie języka komiksu oraz – dosłownie i w przenośni – ukazanie jego MAGII. Skutnik od zawsze w swoich historiach pozostawiał wiele niedopowiedzeń i furtek, których otwarcie należało do czytelnika. Być może właśnie przez tę magiczną mgłę, w omawianym tomie mamy ich najwięcej. Jerzy Szyłak, z którym Skutnik po raz kolejny połączył siły tworząc tym razem duet KOMPLETNY, zadbał o odpowiednie granie na czytelniczym nosie, wyprowadzając mnie co najmniej raz w pole. Ten album, mimo swej dość prostej fabuły jest nieprzewidywalny. I tu również tkwi jego niesamowita moc.

Tak, jak początkowe tomy serii opowiadały o wynalazcach i ich dziełach, tak i we mgle mamy podobny motyw. Tym razem stanowi on jedynie pretekst do zawiązania akcji, po czym zwalnia pole wspomnianej magii. Technika poszła w las. Seria pod władaniem dwóch Panów na “S” zmieniła się w taką, którą się czuje. I w którą się wpatruje, by poczuć więcej. A po tym wpatrywaniu wraca się do początku opowieści albo do dowolnie wybranej strony i czuje się znowu.

Rewolucje we mgle mają w sobie coś z horroru, albo przynajmniej trzymającego w napięciu thrillera. Do miasta przyjeżdża cyrk, którego główną atrakcją jest światowej sławy hipnotyzer Edmondantes. Kuglarze wkraczają na ulice w momencie, gdy te zalane są gęstą mgłą. Po pierwszym przedstawieniu coś się dzieje i zaczynają ginąć ludzie. Mgła ożywa? Magik robi nas w konia? Autorzy bawią się pomiędzy rzeczywistością a ułudą?

Odpowiedzi na powyższe pytania z mojej strony jest kilka i zobrazowane są przez następujące reakcje: “co się dzieje?!” (na styku stron 20 i 21), “o co chodzi?” (strona 25), “wow!” (przejście ze strony 46 do 47) “klap!”* (zanikający pasek na dole plansz i jego kulminacja).

Panie i Panowie, Rewolucje we mgle to komiks wybitny, który Was zaskoczy, wciągnie i nie jeden raz przyciągnie do siebie. Perełka światowej klasy i najlepszy komiks jaki czytałem od lat. A czytałem wiele znakomitych.

Panowie autorzy, jeśli czytacie te słowa – jesteście mistrzami.

* – odgłos opadającej szczęki.

Autor: Dominik Szcześniak









Rewolucje 7; recenzja na independent


Rewolucje. Z morza we mgłę.

Rysowanie zaczął 15 czerwca. Dokładnie 30 lipca Mateusz Skutnik ukończył ostatnią planszę. Planszę z numerem 46. Stało się to po 46 dniach malowania. Efekt? Siódmy tom cyklu „Rewolucje” – przechodzi najśmielsze oczekiwania.

Skutnik chyba jeszcze nigdy nie malował aż tak pięknie. Do tej pory kreując „Rewolucje” ograniczał się swoimi scenariuszami. Gdy jednak do pisania kolejnych tomów zaprosił Jerzego Szyłaka, nie miał już wymówki, że czegoś nie narysuje. Ten „wyciska z rysownika siódme poty, zaludniając plansze miejscami, zdarzeniami i postaciami, o których narysowaniu nawet mi się nie śniło w tamtych czasach. Sprawa jest prosta – rysownik który sam wymyśla sobie scenariusze sam siebie wciska w przytulny kokon swoich umiejętności, rysuje tylko to, co umie i co mu relatywnie łatwo wychodzi. Jerzy Szyłak zagląda do tego kokonu i mówi – ej, panie, wyłaź pan – narysuj mi to. I to. I to…” Już tom „Na morzu” - szósty z cyklu – wyróżniał się od poprzednich rozmachem, z jakim został zakomponowany – w efekcie hitchcockowski scenariusz rozrósł się na blisko 90 stron. „Rewolucje: We mgle” to kolejny, ogromny krok do przodu. Wprawdzie nieco skromniejszy jeśli chodzi o liczbę plansz, ale za to znacznie „gęstszy”. Patrząc na gotowy album naprawdę nie chce mi się wierzyć, że wystarczyło mu zaledwie 46 dni do jego ukończenia. Panie Mateuszu! Szacunek!

Autorzy mówią. że nowy tom „Rewolucji” powstał podczas podróży pociągiem w… 2004 roku – Skutnik przyznaje, że jednak dopiero teraz „poczuł się na tyle silny w łapie, żeby zaatakować ten scenariusz.” Rzucane, luźne pomysły Szyłak zmontował w jedną całość. Cholernie spójną, gdzie wizja budowania w centrum miasta pasaży handlowych – takich z wielkimi, oświetlonymi witrynami wystawowymi – szybko przeradza się w inną wizję, wykreowaną przez hipnotyzera z Litwy, niejakiego doktora Edmondantesa. Dobrze przeczytaliście. Siódma rewolucja jest rewolucją w umysłach, która dokonuje się z chwilą pojawienia się nad miastem złowieszczej mgły, z której wyłaniają się słonie, zwiastujące nadejście cyrku braci Fellini (a taki żart). I choć sekretarz w jednym z kadrów mówi: „Cyrk! Nie lubię cyrku… To rozrywka dla głupców, prostaków, kobiet i dzieci”, to wraz z wizjonerem od pasaży – radcą – dają się w tą zabawę wkręcić. Hipnotyzer oczywiście okazuje się być kimś innym, niż się podaje, a rozwiązanie zagadki przynosi pewna stara fotografia. Niestety, na powstrzymanie szaleńca jest już zbyt późno. Ktoś ginie pożarty przez tygrysa, ktoś natyka się na płynący przez ulice statek, jeszcze ktoś inny wpada pod pociąg, choć przez miasteczko nie prowadzi linia kolejowa…

Połączenie literackiego talentu Jerzego Szyłaka z malarskim Mateusza Skutnika stworzyło jedne z najlepszych duetów komiksowych w naszym kraju. Widać, że Szyłak wczuł się w świat wymyślony przez Skutnika. Ten z kolei – zawierzając scenarzyście, gdy oddawał mu swoje dziecko – nie spodziewał się chyba, że da „Rewolucjom” nowe życie, czego dowodem kolejne tomy tworzone po kilkuletniej przerwie.

„Rewolucje: We mgle” są drugim tegorocznym, albumem Mateusza Skutnika. Poprzedni - „Komiksy znalezione na strychu” - był zbiorkiem jego starych szortów. Teraz dostajemy już materiał zupełnie premierowy. Ale Skutnik i w jednej, i w drugiej odsłownie „smakuje” znakomicie. Oby jeszcze tylko chciało mu się tworzyć częściej. Skoro na album potrzebuje tylko 46 dni…

[źródło]









Rewolucje 7; recenzja na komiksomanii



“Rewolucje” to jedna z najlepszych marek polskiego komiksu. Utrzymana w steampunkowej stylistyce seria Mateusza Skutnika od 2004 roku zaskakuje i urzeka. To inteligentna, świetnie narysowana opowieść o świecie, który mógłby być. Niestety “We mgle” to najsłabsza z dotychczasowych części. Wciągająca i sprawnie poprowadzona, ale jednocześnie pusta i rozczarowująca.

Do spowitego złowieszczą mgłą miasta przybywa cyrk. Jego największą gwiazdą jest hipnotyzer – tajemniczy jegomość, obiecujący, że rzuci czar na wszystkich mieszkańców. Jednak wkrótce po jego występie w przedziwnych okolicznościach zaczynają umierać prominentni obywatele. Pierwszego na środku ulicy zagryza tygrys, kolejnego w szczerym polu rozjeżdża pociąg. Czy ma to coś wspólnego z hipnozą, czy to raczej sprawka mgły?

“We mgle” to drugi tom “Rewolucji” stworzony we współpracy ze scenarzystą Jerzym Szyłakiem. W poprzednim, “Na morzu”, Skutnik i Szyłak bawili się schematami opowieści grozy, opowiadali na nowo historię Titanica, spuszczając na niego krwiożercze ptaki wprost z filmów Alfreda Hitchcocka. Tym razem sięgnęli po kryminał z wątkami fantastycznymi – najbardziej nurtującą zagadką albumu nie jest jednak pytanie “kto zabija?”, ale “jak to robi?”. I “co wspólnego ma z tym mgła, o której wciąż wszyscy przypominają?”.

Sęk w tym, że autorzy pogrywają z czytelnikiem. Zwodzą go, obiecują łamigłówkę, przygotowują scenę pod wielkie rozwiązanie, a następnie, pozostawiają z pustymi rękoma. Szyłak umiejętnie pompuje balon oczekiwań. Jednak w finale, miast przebić go z hukiem, spuszcza powietrze. Puentą jest tu brak puenty, rozczarowanie czytelnika jest zamierzone. Pozostawiony sam sobie, może próbować nadać temu głębszy sens, ale mnie się ta sztuka nie udała.

I na tym polega największy problem “We mgle”. Rozczarowane, nawet jeżeli wywołane celowo, wciąż ma gorzki posmak. A to wszystko, co udaje się Skutnikowi i Szyłakowi uzyskać. Ich opowieść jest więc zwarta, sensowna i angażująca, ale pozostawia po sobie niedosyt. Nawet, jeżeli autorzy osiągają zamierzony cel, to jest to cel niewart świeczki. Po lekturze odbiorca pozostaje obojętny, nieporuszony. Wszak, chodziło tylko o to, by z niego zakpić. Dlatego “We mgle” jawi mi się jako pusta błyskotka, popis warsztatowej sprawności, za którą nie stoi nic więcej.

Żadnych zastrzeżeń nie można mieć za to do pracy Skutnika. W trakcie tworzenia albumu rysownik chwalił się w mediach społecznościowych, że to najlepsze plansze, jakie kiedykolwiek narysował. I trzeba przyznać mu rację. Każdy kadr jest tu niezwykle dopracowany, świetnie dobrana kolorystyka umiejętnie buduje atmosferę, szczegóły nadają światu przedstawionemu wyjątkowości. Zakończenie natomiast, w którym cytowany jest amerykański malarz Grant Wood, to prawdziwy popis, dowód na to, że Skutnik jest dziś chyba najbardziej utalentowanym polskim artystą komiksowym.

Tym bardziej szkoda, że cała ta para poszła w gwizdek.

autor: Tomasz Pstrągowski







Next Page »



__________________________________________________________________________________________________________

search my website for hidden content and more:


__________________________________________________________________________________________________________

browse pastel categories:


games | the Submachines | Daymare Town | 10 Gnomes | Covert Front
New Year's games | Solar System games | mr. MothBall | the Squirrel Family

comic books | Rewolucje series | Blaki series | Morfolaki series | magazines
Rewolucje 1: Parabola | Rewolucje 2: Elipsa | Rewolucje 3: Monochrom | Rewolucje 4: Syntagma
Rewolucje 5: Dwa Dni | Rewolucje 6: na Morzu | Rewolucje 7: we Mgle | Rewolucje 8: w Kosmosie
Alicja | Kantor | Czaki | Strych | Tetrastych | online comics | sketches | tributes | Vormkfasa

news | photos | movies | interviews | exhibitions | awards | Easter eggs

po Polsku | publicystyka komiksowa | recenzje

__________________________________________________________________________________________________________





__________________________________________________________________________________________________________

All rights reserved 1996 - 2013 Mateusz Skutnik. If you want to copy feel free to do so, just remember to link back to the source page (meaning here).


On this website Google Adsense and Google Analytics use cookies to store information on your computer.
Na tej stronie Google Adsense i Google Analytics używają plików cookie w celu zapisania informacji na twoim komputerze.